co z naszą chrześcijańską radością??

Jutro już trzecia niedziela adwentu, która nosi nazwę niedzieli Radości. Na początek zasłyszana anegdotka: 
Pewien ksiądz opowiada: "Gdyby ludzie wiedzieli jak Pan Bóg ich kocha, to płakaliby ze szczęścia. Na to jeden z słuchających go rzekł: a czy nie mogliby się po prostu ze szczęścia uśmiechać?"

No właśnie jak to jest: czy moje chrześcijaństwo przynosi mi choć odrobinę radości w codzienność życia? Czy pamięc o Bogu w moim życiu daje radość? 

Czy może moje chrześcijaństwo to tylko niedziela, obrzędy, jakieś ryty i tyle?

Niedziela "Gaudete", z jednej strony mamy się cieszyć Pan jest blisko. Ale jeśli na co dzień nie ma radości z Bożej obecności to czy taka "świąteczna obecność" coś zmieni. 

Smutny święty to żaden święty i nie chodzi tu o wesołkowatość życia ale to wewnętrzne przekonanie, do którego zachęca mnie Jezus na koniec swej nauki o ośmiu błogosławieństwach "Cieszcie się i radujcie, wielka jest wasza nagroda w niebie" 

A może, by tak  w chrześcijańskiej radości przeżywać "Carpe Diem" Horacego, z perspektywą nieba i przychodzącego do mnie Pana. 

Moje chrześcijańskie Carpe Diem, otwarte na Boga i drugiego człowieka. 
Jeśli mam być świadkiem Boga w świecie, to z miną na kwintę nie pokaże GO nikomu. 

Owocnych dni adwentu. 
Wnoś radość w życie tych, których spotykasz.
Dobrej niedzieli.


Komentarze